Bokser cudu, krótka historia walki Daniela Jacobsa

Pajacyk od wielu lat dożywia dzieci. Pamiętaj, że kliknięcie w brzuszek, to pierwszy krok, by pomóc dzieciom.

Walka, tak to znakomite słowo w przypadku 31 letniego już Amerykanina. Dlaczego znakomite? O tym nieco później, na początek kilka słów tytułem wstępu.

PIERWSZE KOTY ZA PŁOTY

Urodzony w Nowym Jorku Daniel miał naprawdę dobrą karierę na ringach amatorskich, co prawda nigdy nie został mistrzem świata, nie pojechał też na Igrzyska Olimpijskie, jednak wygrane w Golden Gloves, czy amatorskich mistrzostwach kraju to naprawdę sporo. Po doświadczeniach z boksem amatorskim, Jacobs w wieku 20 lat został zawodowcem. Debiutował w grudniu 2007 roku, jego pierwszym przeciwnikiem był Jose Jesus Hurtado, w walka zakończyła się już w pierwszej odsłonie. Po niespełna 3 latach Jacobs “dobił” do bilansu 20-0 (chociaż warto dodać, że poza Ishe Smithem nie byli szczególnie cenieni) i otrzymał szanse walki o mistrzostwo świata federacji WBO kategorii średniej. Jego przeciwnikiem był niepokonany Rosjanin Dimitrij Pirog, który pozbawił Amerykanina marzeń o tytule i zakończył wszystko już w 5 rundzie. Jacobs tłumaczył później, że wpływ na taki stan rzeczy miało odejście babci, no ale to tylko gdybanie, przegrał i musiał się z tym pogodzić. To był pierwszy cios. Mocny, ale najgorszy miał dopiero nadejść…

RAK KOŚCI

Możecie sobie tylko wyobrazić, co musiał czuć 24 letni sportowiec, gdy usłyszał na co choruje. Zaczęło się typowo, od drobnych dolegliwości, jednak z czasem problemy zaczęły się nasilać, pojawiły się problemy z chodzeniem, ogromny ból, a później nawet paraliż. W tym piekielnie trudnym momencie wspierał go Andre Rozier (to właśnie jego mogliśmy obserować w narożniku Jacobsa w sobotę). Po żmudnym boju Daniel wrócił nie tylko do zdrowia, ale również do sportu, co dla środowiska było ogromnym szokiem. Śmiertelna choroba nie tylko nie odebrała Amerykaninowi zdrowia, ale również marzeń! Tak, on dalej marzył!

POWRÓT 

Miał miejsce 20 października 2012 roku, przeciwnikiem był co oczywiste niezbyt mocny Josh Luteran, ale to dziwić nie miało prawa nikogo. W kolejnych pojedynkach również spotykał się z mniej wymagającymi rywalami, aż w drugiej połowie 2014 roku, czyli trzy lata po zdiagnozowaniu nowotworu otrzymał szanse walki o pas WBA “regular”. W walce o niego zmierzył się z Jarodem Fletcherem, zaś w kolejnych obronach odprawił m.in niepokonanego Petera Quillina, w którym niektórzy upatrywali zagrożenia dla najlepszych, czy Sergio Morę (tutaj z problemami, leżał m.in na deskach). Miał więc Daniel pas, ale mimo wszystko fakt, że tylko “regular” i prawdziwy ma “GGG” nie mogło mu do końca odpowiadać…

“GGG”

Ze znakomitym Kazachem Amerykanin spotkał się 18 marca 2017 roku. Co prawda niektórzy liczyli, ze może się postawić, urwać jakieś rundy, ale większość nie dawała mu szans, spodziewała się że skończy na deskach. Jacobs wcale nie był od tego taki daleki, już w czwartej rundzie zapoznał się z deskami, ale w przeciwieństwie do ogromnej rzeszy swoich “poprzedników” nie pozwolił się Kazachowi znokautować i chociaż zasłużenie przegrał na punkty, to jednak styl walki, charakter oraz fakt, że miał swoje momenty przysporzyły mu sporo nowych fanów. Zyskał uznanie.

“STRICZU”

Jacobs był ogromnym faworytem bukmacherów w walce z niepokonanym Polakiem, jednak miał w ciągu 36 minut ogromne problemy z dobraniem się do skóry naszemu zawodnikowi. Co prawda wygrał, jednak styl pozostawił sporo do życzenia, pojawiły się również głosy krytykujące, twierdzące że to Sulęcki był bokserem lepszym. Karty punktowe pomimo liczenia Maćka zdecydowanie NIE ODDAŁY przebiegu tej rywalizacji. Fakt jednak stał się faktem, Amerykanin wygrał na punkty i mógł już patrzeć w przyszłość.

DEREWIANCZENKO ZNACZY SPARINGPARTNER

Około 300 przesparowanych rund i 36 niezwykłych minut w walce ich życia. To krótkie podsumowanie liczbowe wspólnego przebywania między linami Daniela Jacobsa i Siergieja Derewianczenki. Tak jest! Zanim dali nam niesamowity pojedynek o coś, czego żaden z nich nigdy nie miał, stoczyli setki treningowych rund. Przed starciem o wakujacy pas IBF znali się wiec znakomicie, wiedzieli o sobie praktycznie wszystko i bardzo się szanowali. Zgromadzeni zaś na trybunach oraz przed telewizorami widzowie mogli oglądać jeden z najciekawszych pojedynków wagi średniej ostatnich lat. Ostatecznie po 12 rundach stosunkiem głosów 2 do 1 lepszy okazał się faworyzowany Amerykanin.

MIRACLE MAN

Bez względu na wynik ewentualnej walki z Saulem Alvarezem, bez względu na wszystko inne, człowiek który pokonał raka,a później najlepszego zawodnika ringów WBS jest człowiekiem cudu…

Dodaj komentarz