Ileż można śnić Panie Bellew?

Jakiś czas temu świat obiegła mało powiedzmy sobie szczerze zaskakująca informacja o pojedynku Aleksandra Usyka z Tony’m Bellew, który odbędzie się 11 listopada 2018 roku. Walka wydawałoby się goliata z Dawidem, gdzie faworyt wydaje się być tylko jeden. Jednak również walka bardzo sensowna na tym etapie kariery jednego i drugiego. Dla Ukraińca wiadomo, możliwość całkiem niezłego zarobku + promocja na Wyspach, co jest niezwykle istotne w kontekście praktycznie pewnych przenosin do wagi ciężkiej i potencjalnym starciem z Anthonym Joshuą. Dla Anglika to również bardzo dobra opcja, swoje już w boksie osiągnął, teraz ma szanse dokonać czegoś historycznego, zdobyć cztery mistrzowskie pasy i jako pierwszy pokonać panującego króla cruiserów.

Usyk vs Bellew

Czy mu się uda? Na pozór to starcie do jednej bramki, człowieka, który świetny wydaje się był zawsze, mistrza olimpijskiego, który najszybciej w historii zdobył tytuł w kategorii junior ciężkiej, który jako pierwszy całkowicie zunifikował swoją aktualną jeszcze dywizję w…15 walkach. Jednym słowem człowieka sukcesu,
który bez większego problemu wygrał turniej WBSS (z wyjątkiem walki w 1/2) z udziałem najlepszych cruiserów świata, który w wielkim stylu wypunktował Murata Gasijewa na jego ziemi (zresztą Usyk większość walk toczy na obcym terenie, ogromne umiejętności sprawiają, że wychodzi z tych bojów zwycięsko). Człowieka już dziś notowanego w ścisłej czołówce p4p. Dla niego Bellew to ma być tylko kolejny przystanek jakich wiele, kolejny mistrz świata do rozkładu i świetna forma promocji. Nic więcej.

Oleksandr Usyk po wygranej finału WBSS.

Dla Bellew to jednak nie będzie walka jakich wiele, to będzie ogromna okazja, by wyrysować złotymi zgłoskami na kartach historii zawodowego boksu swoje nazwisko. W walce z Usykiem przez wielu skazywany jest na porażkę w stylu nie pozostawiającym złudzeń. Dla niego to jednak nic nowego. Mimo, że przez lata mierzył się, z lepszym bądź gorszym skutkiem z zawodnikami takimi jak Isaac Chilemba, Nathan Cleverly, Mateusz Masternak czy Adonis Stevenson (akurat tego Anglik miło nie wspomina, wytrzymał tylko kilka rund z piekielnie bijącym Haitańczykiem) nie zdobył zbyt wielkiego uznania fanów. Uchodził za boksera dobrego, jednak nie na tyle mocnego, by móc wygrywać z tymi najlepszymi. Tak więc delikatnie mówiąc w swoich dwóch, a może nawet trzech z czterech ostatnich walk był skazywany na porażkę. Porażkę raczej nie na punkty, tylko przed czasem. Najpierw u siebie, na stadionie Evertonu, klubu swojego życia przystąpił do walki o mistrzowski pas federacji WBC wagi junior ciężkiej z bardzo wtedy cenionym wśród fanów Afrykańczykiem Ilungą Makabu.

Bellew vs Makabu. Anglik zdobywa pas WBC.

Miał zostać “rozniesiony” i na samym początku wydawało się, ze faktycznie tak będzie. Tony bardzo szybko zapoznał się z deskami, zaś jego kibice licznie zgromadzeni na Goodison Park zamarli. Jak się jednak okazało, zły początek niekoniecznie musi oznaczać złe zakończenie. Anglik powstał niczym Fenik z popiołów i wykorzystując okazję, jaka natrafiła się w trzecim starciu zasypał Makabu gradem ciosów, po których bezradny faworyt bukmacherów osunął się na ring. Bellew po raz pierwszy, ale nie ostatni zaskoczył, a co najważniejsze wywalczył coś, czego nigdy wcześniej nie miał – mistrzostwo świata!

Po tej wspaniałej wiktorii jego notowania znacznie wzrosły, zaczął się “tworzyć” konflikt z powracającym do wydawało się wtedy wielkiego boksu byłym mistrzem świata wagi ciężkiej, Davidem Haye’m. Haye po czterech latach przerwy szybko “skosił” dwóch przeciętniaków, jednak część kibiców “kupiła” to jako znak, ze Anglik wraca do formy. Tym czasem konflikt angielsko-angielski przybierał na sile, starcie było nieuniknione. Doszło do niego 4 marca 2017 roku, pewniakiem dla ogromnej rzeszy ludzi był Haye, również bukmacherzy zgadzali się z nimi. Walka zgromadziła tłumy, O2 Arena pękała w szwach, jednak uraz, którego Haye nabawił się w trakcie pojedynku właściwie pozbawił nas emocji i ograniczył do zadania sobie pytania, czy David wytrzyma do końca? Mimo niewątpliwego charakteru, kontuzja i nieustanny atak Bellew to było tego dnia za dużo dla pogromcy m.in Nikołaja Wałujewa i ostatecznie po kolejnych celnych ciosach,z których jeden wyrzucił go z ringu, narożnik zdecydował się na jedyny słuszny ruch, czyli rzucenie ręcznika.

Bellew nokautuje Haye.

Świat znów był w szoku, a Bellew przeżywał swój wielki moment. Od marca 2017 roku do maja 2018 “Bomber” nie walczył ani razu, jednak mocno podrażniony porażką z mniej utytułowanym rodakiem “Haymaker” naciskał na rewanż. A że zainteresowanie było odpowiednie (duża grupa osób twierdziła, że Bellew wygrał tylko przez problemy zdrowotne przeciwnika), a co za tym idzie pieniądze, Tony zgodził się na drugie starcie. Wygrał dużo szybciej niż za pierwszym razem i wysłał Haye’a na emeryturę. Po tej wygranej zapowiedział, że interesują go jedynie duże walki, jak rewanż z Adonisem Stevensonem, pojedynek z  Andre Wardem czy właśnie starcie z Aleksandrem Usykiem. Doczekał się własnie tego ostatniego.

Z jednej strony “Bomber” już nie raz udowadniał, że nie można go skreślać, z drugiej z zawodnikiem tego kalibru, w szczycie swojej formy jeszcze nie walczył. Faworytem będzie oczywiście genialny Ukrainiec, który jeśli sprawdzi się scenariusz tak często wspominanej tu większości, zdecydowanie wypunktuje Anglika. Pytanie tylko czy Tony Bellew ma zamiar w końcu się obudzić ze swojego pięknego snu? Należy pamiętać o jednym, w boksie czasami jeden moment, jeden głupi ruch może zmienić wszystko, a w ringu zobaczymy ludzi, nie roboty.

Dodaj komentarz