MEKSYKAŃSKI SEN GIENADIJA GOŁOWKINA

Oct 17, 2015; New York, NY, USA; Gennady Golovkin (white trunks) and David Lemieux ( trunks) during their middleweight world championship unification bout at Madison Square Garden. Mandatory Credit: Ed Mulholland/K2 Promotions

Dziś przyjrzę się historii sportowej kariery najlepszego “średniego” ostatniej dekady, byłego już mistrza świata federacji WBA, WBC oraz IBF, Giennadija Gołowkina. Popularny ‘GGG” przyszedł na świat w Kazachstanie, w roku 1982.

DZIECIŃSTWO I SPORT

Okres jego dorastania to czas rozpadu “Imperium Zła”, czyli Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Młody Giennadijewicz dorastał w domu pełnym miłości (mama pracowała w laboratorium, tata w kopalni), wspólnie z braćmi, którzy odegrali niezwykle istotną rolę w jego życiu (to z nimi śledził walki najlepszych bokserów ówczesnego świata z jednej i drugiej strony Żelaznej kurtyny), o czym wiele, wiele lat później mógł przekonać się cały bokserski świat. Wpoili mu bowiem miłość do sportu, nauczyli się bronić. Bo warto pamiętać, że dla Giennadija to nie boks, tylko piłka nożna była wówczas na pierwszym miejscu. Zresztą nawet dziś pytany o dyscyplinę, która dała mu sławę i miliony odpowiada, że walczyć wcale nie lubi, kocha za to boks oglądać. Z dzieciństwa zapamiętał również zapach wołowiny(o ironio!), narodowego dania Kazachstanu.

Pierwsze bokserskie szlify zdobywał z Maksem, bratem bliźniakiem, ponoć zdolniejszym od Giennadija. Los jednak sprawił, że to właśnie “GGG” przebił się dalej. Warto tutaj dodać, że sukcesów tych nie doczekali niestety starsi bracia, a więc Siergiej i Wadim, którzy zginęli w czasie pełnienia służby wojskowej. Kazach nie lubi do tego wracać  i nie ma się co dziwić…

AMATOR PRAKTYCZNIE SPEŁNIONY

Tyle wspomnień z dzieciństwa, teraz skupię się na tym, co pozwoliło chłopakowi z Kazachstanu zawojować ringi całego świata. Najpierw, typowo w stylu radzieckim była znakomita kariera amatorska, którą rozpoczął złoty medal mistrzostw świata juniorów w kategorii lekkopółśredniej, a zakończył srebrny na Igrzyskach na Igrzyskach w Atenach w roku 2004 (średnia). W międzyczasie wygrał Igrzyska Azjatyckie i mistrzostwa świata, w finale pokonując wielkiego na amatorskich ringach Rosjanina Matwieja Korobowa, przyszłego dwukrotnego czempiona globu. W gwoli wyjaśnienia dodam, że srebro z Aten zakończyło nie tyle karierę amatorską, co dorobek medalowy naszego bohatera. Bo niestety dla Kazacha po Igrzyskach wystąpił na kolejnych Mistrzostwach Świata, gdzie poniósł spektakularną…klęskę.

“GGG” ZNACZY DOMINATOR

Na zawodowych ringach zadebiutował w połowie 2006 roku i przez kolejne kilka lat obijał rywali bardzo słabych, słabych lub przeciętnych (jego przeciwnikiem był m.in Daniel Urbański). Dopiero w 17 walce, 11 lipca 2009 roku dostał szanse walki o pierwszy pas, wakujący tytuł interkontynentalny federacji  WBO, może niezbyt prestiżowy, ale jednak. John Anderson Carvalho wytrzymał…2 rundy (częsta “dolegliwość” przeciwników Gołowkina). Rok później, w starciu z Miltonem Nunezem wywalczył “tymczasowy” pas mistrzowski federacji WBA kategorii średniej, który po otrzymaniu przez Felixa Sturma tytułu “superczempiona” zmienił się w regular. Powoli bo powoli, ale coś zaczynało się ruszać. Tytuł bronił po raz pierwszy 16 grudnia 2010 roku przed swoimi kibicami w stolicy Kazachstanu, Astanie. Nilson Julio Tapia nie okazał się zbyt wymagającym oponentem, więc i walka nie trwała zbyt długo i zakończyła się już w trzeciej odsłonie. Kilka miesięcy później czekał na “GGG” Kassim Ouma, a więc były mistrz świata, który wytrzymał znacznie dłużej, jednak i tak nie zdołał dotrwać do końca, przegrywając w starciu numer dziesięć.

W kolejnych potyczkach, toczonych głownie w USA,  zawodnik z Karagandy porozbijał m.in naszego Grześka Prokse, Gabriela Rosado czy Matthewa Macklina. Złamał również Curtisa Stevensa, człowieka który bardzo się obnosił ze swym niezwykle podobno twardym charakterem, ukształtowanym przez najgorsze ulice Stanów Zjednoczonych. Trumna, którą Stevens przygotował ze swoimi kolegami dla Giennadija prawdopodobnie tylko przysporzyła mu dodatkowego cierpienia, bo Kazach nie wyglądał w tej walce na osobę, który szuka rychłego zakończenia. Licznik obron się powiększał, podobnie jak i ten “odliczający” zawodników odprawionych przed czasem. Pojawił się jednak problem z przeciwnikami, a właściwie prezentowanym przez nich poziomem. Znakomite wyszkolenie, siła “GGG” to była jedna strona medalu, jednak rywale wychodzący jak na ścięcie to była druga część medalu. Oczywiście nie sposób było za ten stan rzeczy winić Kazacha, jednak poziom oponentów odbił się i na nim.

Był co prawda zawodnikiem docenianym, jednak bez wielkich walk nie mógł liczyć ani na liderowanie w rankingach p4p, ani na świetne zarobki, nie mówiąc już o miejscu w top 5 wagi średniej wszech czasów (zarówno on jak i jego trener nie ukrywali takich ambicji).

Toczył więc Kazach kolejne obrony, m.in z mistrzem świata Davidem Lemieux, zdobywając pas IBF, spotkał się nawet z niepokonanym wówczas Brytyjczykiem Kellem Brookiem, jednak wygrana nad czempionem niższej kategorii nie przysporzyła mu wielu nowych fanów, zaś świetna walka z Danielem Jacobsem wzbudziła nieco wątpliwości o formę długoletniego czempiona. Kilka miesięcy przed pojedynkiem z Brookiem Gołowkin dołożył do kolekcji także pas WBC (Canelo oddał go bez walki, “GGG” posiadał pas tymczasowy).

Dominator z Karagandy miał więc trzy z czterech mistrzowskich pasów, naprawdę dobre nazwiska w cv, ale ciągle (mimo, ze sytuacja po walkach z wspomnianymi pięściarzami nieco się poprawiła) brakowało mu wspomnianych już wypłat na poziomie finansowym adekwatnym do jego umiejętności,a także uznania w oczach całego (a nie tylko części, nadal nie brakowało opinii, mimo że były w mniejszości typu  “z kim on walczy”). Brakowało również pasa WBO, ale cel był inny. Tym celem był jedyny człowiek, który mógł dać “GGG” pieniądze i sławę…

“CANELO”

Złote dziecko meksykańskiego boksu, pupil potężnego Oscara De La Hoyi, mający za swoimi plecami ogromne wsparcie swoich rodaków, którzy byli i są z nim od początku jego wielkiej kariery, a że liczni fani gotowi wykupić transmisję PPV = zarobki = pozycja na rynku, to nikogo śledzącego uważnie boks nie zdziwiło ani to, ze Kazach bardzo chciał z Alvarezem walczyć, ani to, że warunki dyktował nie posiadacz trzech mistrzowskich pasów, tylko pretendent nie mający żadnego. Do hitowej, oczekiwanej przez cały świat potyczki doszło w końcu 16 września 2017 roku. Zgodnie z przewidywaniami nie brakowało emocji, zgromadzeni na trybunach widzowie oraz miliony ludzi przed telewizorami zobaczyło fantastyczny pojedynek dwóch mistrzów zakończony…remisem. Remisem bardzo szeroko dyskutowanym, gdzie większość widziała wygraną “GGG”, jednak było też sporo osób twierdzących, że do góry powinna powędrować ręka “Canelo”. Niesmak wzbudziła komiczna punktacja Adalaide Byrd (118-110 Alvarez). Była ślepa? Wypełniła karty już przed pojedynkiem? Tego nie dowiemy się nigdy…

Świat oczywiście domagał się rewanżu, także odbywaj zawodnicy byli chętni, jednak problemy z niedozwolonymi substancjami wykrytymi u Meksykanina sprawiły, że nie walczył on ani razu aż do czasu ich drugiej walki (doszło do niej 15 września 2018 roku), zaś czekający bardzo mocno na możliwość ponownej konfrontacji Kazach wyszedł do ringu tylko raz,w dodatku z bokserem od dłuższego czasu nieaktywnym i spędził w ringu…kilka minut, zanim Vanes Martirosyan padł na deski. Jakby tego było mało musiał się również pożegnać z pasem IBF, gdyż koncentrując uwagę na potencjalnym starciu z Canelo nie przystąpił do obowiązkowej obrony z Siergijem Derewianczenko. Co więcej negocjację przebiegały bardzo opornie, wydawało się nawet, że “GGG” może walczyć z Billy Joe Saundersem, jednak koniec końców panowie dogadali się i kontrakty zostały podpisane.

Podobnie jak w pierwszej walce (sprzedano ok 1,3 mln przyłączy PPV) większy kawałek tortu miał otrzymać Meksykanin i podobnie jak w pierwszej walce, również i w drugiej, pełnej fantastycznych wymian i zwrotów akcji nie brakowało niesamowitych emocji. Po 12 zaciętych rundach sędziowie stosunkiem głosów dwa do remisu wskazali, że lepszy tej nocy był “Canelo”. Pojedynek, który raz na zawsze miał rozwiać wątpliwości ponownie był na ustach wszystkich. Znów chodziło o sędziowanie i znów zdaniem znacznej większości (przeciętne sondaże na różnych portalach polskich i zagranicznych dawały “GGG” około 70 % głosów) wygrać powinien broniący mistrzowskich tytułów Kazach.

Wątpliwości rozwiane dla ogromnej grupy fanów i ekspertów  więc nie zostały, ba pojawiły się głosy, że z Alvarezem na punkty w Las Vegas już teraz wygrać się nie da (sam Mayweather w szczycie swojej kariery i popularności “wyszarpał” dwa do remisu). Ja w ten temat zagłębiać się nie będę, każdy widział co chciał widzieć.

Fakty pozostają takie, że dziś Kazach ma 36 lat i po dwóch świetnych pojedynkach z Meksykaninem ma zaledwie jeden remis i pierwszą na zawodowych ringach porażkę. Zarobił co prawda grube miliony, ale jednak stracił swoje mistrzowskie pasy i całkowita unifikacja, o której tak marzył na dzień dzisiejszy to utopia. Powstaje pytanie co dalej, czasu nie ma raczej wiele, “Triple G” pozostaje niesamowicie groźnym zawodnikiem, ale potencjalny zarobek w stosunku do ryzyka walki z nim może wielu zniechęcić.

Mając do wyboru jego, bez wielkiej bazy kibiców (walka z Amerykaninem Jacobsem na amerykańskiej ziemi sprzedała niecałe 180 tys ppv, zaś potyczka “Canelo” z anonimowym w USA Smithem około 300 tysięcy) lub Alvareza, człowieka gwarantującego wypłaty, większość postawi zapewne na tego drugiego. Teraz bez pasów wszystko jest trudniejsze, być może Murata i starcie w Japonii? Gwarancja ogromnego zainteresowania, jeszcze większe uznanie w przypadku wygranej na nowym rynku. To z pewnością byłaby opcja warto rozważenia. Przed rewanżowym pojedynkiem z “GGG” z “Canelo” chęć walki deklarował mistrz WBO Saunders, jednak czy teraz będzie na to taki chętny? Wtedy miał możliwość wzbogacenia kolekcji o nowe pasy, teraz tego nie ma.

Wspomina się też o trylogii z Alvarezem, tylko czy Meksykanin naprawdę już teraz (a może nawet w ogóle) byłby zainteresowany ponownym spotkaniem? Powiedzmy sobie szczerze, trochę zdrowia na dwóch walkach z Gołowkinem stracił, ryzyko porażki ciągle jest, a ppv sprzeda i bez tej walki. Jeśli wierzyć doniesieniom, dostęp do ich rewanżu wykupiło ok. 200/300 tysięcy osób mniej niż za pierwszym razem, więc tendencja raczej spadkowa, a że scenariusz praktycznie znamy, czyli twarda walka pełna ciosów i na końcu korzystny dla meksykańskiego mistrza werdykt, powstaje pytanie, czy kogoś to jeszcze obchodzi?

Czy zainteresuje to tyle osób, że warto byłoby to zrobić po raz kolejny, szczególnie z perspektywy obozu meksykańskiego? Szczerze wątpię, szczególnie że w wadze średniej pojawiły się ciekawe nazwiska, które zapewne Saul Alvarez zaprosi do tańca chętniej niż “GGG”. Nie można również wykluczyć, że po prostu poczeka kolejne miesiące, żeby Kazach postarzał się jeszcze mocniej i wtedy faktycznie zgodzi się na trzecie starcie, mając nadzieje, że znokautuje tak nielubianego przecież przeciwnika. Przy okazji oczywiście dalej nieźle zarobi, chociaż jak wspomniałem, zapewne nie tak dobrze jak poprzednio. Z tym ze teraz pewnie podział procentowy byłby zupełnie inny, bo Alvarez ma wszystko,a Gołowkin nic, więc być może nie zarobiłby jednak gorzej. Jest oczywiście też inna droga, mozolne budowanie pozycji w rankingach poszczególnych federacji (zobaczymy, jak będą wyglądać po uaktualnieniu), ale tam rożnie jest z realnym czasem oczekiwania na walkę.

Ostatnio część tekstu, ta o “Canelo” jest najdłuższa,  nie ma w tym oczywiście przypadku. To “Canelo” zapewnił mu ogromne wypłaty, sławę, jednak cena za to była bardzo wysoka. Czy było warto? Na to pytanie może odpowiedzieć tylko “GGG”, chłopak z Karagandy, który na własne oczy widział upadek potężnego mocarstwa, które nie wytrzymało ciśnienia ówczesnego świata. On również nie wytrzymał zderzenia z zachodnim światem, który najpierw dał mu wszystko, a potem wszystko zabrał. Miał wygrać “Canelo” i wygrał, tylko czy naprawdę był w te dwie wrześniowe noce bokserem lepszym?

 

Dodaj komentarz