Pierwsza porażka | Poddasz się, czy pokażesz duszę wojownika?

Porażka zawsze boli. Zwłaszcza jeśli przychodzi znienacka. Wyrywa Cię z pięknego snu i przenosi do rzeczywistości. Pęka bańka, w której zamknął Cię promotor oraz cały sztab. Zostajesz sam z gorzkim uczuciem, które umiesz wyrazić tylko bezsilnym krzykiem. Prawda jest jednak taka, że dałeś dupy… Zlekceważyłeś rywala i to się zemściło. Na porażkę tak samo jak na sukces trzeba zapracować. W tym wypadku przeceniłeś swoje możliwości i odpuściłeś treningi. Zamiast na sali wolałeś przebywać z rodziną. W końcu Twoje nowo narodzone dziecko oraz żona Cię potrzebują. Masz rację.

fot. The Fighter

Popełniłeś jednak fatalny błąd myśląc, że jesteś jakimś pieprzonym supermanem. Nie można wygrywać trenując na pół gwizdka. Mogłeś odpuścić tę walkę. Odpocząć i być ojcem. Teraz siedzisz pełen wstydu i płaczesz samotnie w ciemnym, pustym klubie. Chcesz się poddać i zrezygnować. Tak właśnie działają porażki. Tak działają kiedy myślisz, że nikt nie może Cię powstrzymać. Kiedy zapominasz, że jesteś tylko człowiekiem. Uderzasz z całej siły w worek. Mówisz sobie ostatni raz.

fot. The Fighter

Żona nie może patrzeć jak jesteś zdruzgotany. Przestałeś chodzić na treningi, opiekujesz się nimi. Jednak ona widzi co się dzieje w Twojej głowie. W Twojej duszy wciąż gra wojenna melodia. Jesteś wojownikiem. Tacy jak Ty nie poddają się z powodu niepowodzenia. Serce krzyczy o rewanż. Głowa… w głowie ciągle kłębią się głupie myśli. Boisz się kolejnej porażki, boisz się przynieść wstyd rodzinie. Strach. Strach ma wielkie oczy, ale boimy się tego co może, lecz nie musi się wydarzyć. Tymi słowami Twa żona łagodzi nieco zszargane nerwy. Prosi byś wrócił na salę.

fot. The Fighter

Idziesz na trening i czujesz się jakbyś wchodził na salę po raz pierwszy w życiu. To głupie… przecież to Ty jesteś tutaj panem. Ty decydujesz ile może znieść Twoje ciało i jak ciężko będziesz trenować. Zakładasz rękawice i wchodzisz do ringu. Sparing partner zaczyna nacierać. Przez 3 rundy obija Cię jak worek. Trener drze się na Ciebie. Wie, że potrzebujesz bodźca. Mocnego, realnego, który sprawi, że się ockniesz. Słyszysz jego słowa. Zaczynają docierać. Jak chcesz zapewnić godziwy byt rodzinie bez boksu. Nic innego nie umiesz robić. Nie jesteś przecież tchórzem, jesteś wojownikiem, który nie poddawał się kiedy nikt nie chciał dać mu szansy. Poddasz się teraz? Teraz, kiedy powinęła Ci się noga? Nie!

fot. The Fighter

Wracasz do sparingu i serią morderczych uderzeń na korpus łamiesz sparringpartnera. Wkładasz w nie całą swoją frustrację i gniew. Gniew na swoją głupotę. Kończysz to lewym sierpem. Pada na matę. Koniec. Koniec użalania się nad sobą. Pora brać się do roboty.

Interesuje Cię tylko jedna walka. Rewanż z tym, który zadał Ci porażkę. Trenujesz ciężej niż kiedykolwiek. Wiesz, że nie możesz popełnić tego samego błędu. Masz wsparcie rodziny. Czujesz ich bliskość i miłość. Z każdym treningiem rozgorzewa w Tobie coraz mocniej stary ogień. Z małej iskierki przeradza się w pożar. Pożar, który ma spalić wszystko i wszystkich na Twojej drodze do odkupienia.

fot. The Fighter

Nadszedł te dzień. Tym razem wchodzisz do ringu jako pierwszy. Czekasz aż Twój oprawca (ofiara) wejdzie do Twego królestwa. Nic innego się nie liczy, jedynie zemsta. To jedyny sposób na odzyskanie spokoju wewnętrznego. Musisz udowodnić, że jesteś lepszy. Nie tym wszystkim pseudo ekspertom, którzy już Cię skreślili. Nie fanom, ani nawet promotorowi i trenerowi. Musisz udowodnić to sobie samemu. Gong.

fot. The Fighter

Ruszasz niczym wściekły byk, spychając rywala na liny. W powietrzu latają bomby zdolne skruszyć mur. To nie jest walka, to jest wojna na wyniszczenie. Nie oszczędzasz się ani przez sekundę. Zero kalkulacji, tylko czysta furia. Przeciwnik trafia kontrą na szczękę. Poczułeś ten cios, ale jesteś w tak wielkim amoku, że przesz jak gdyby nigdy nic. Koniec rundy. Siadasz twardo w narożniku. Trener prosi o więcej ciosów w korpus. Przytakujesz. Na urwanie głowy przyjdzie jeszcze czas. Masz na to całe 7 rund. Nim zabrzmiał gong na kolejne starcie już jesteś na środku ringu. Walisz w korpus jak byś chciał połamać przeciwnikowi żebra. Chcesz w istocie. Po jednej z takim bomb czujesz jak gruchocze kość. W Twojej dłoni… trafiłeś w łokieć. Przeszywa Cię potworny ból. Jednak nie dajesz po sobie nic poznać. Dalej ładujesz w rywala wszystko co masz.

fot. The Fighter

W narożniku mówisz trenerowi, że chyba pękła Ci kość w dłoni. Szybko obmyśla strategię. Masz po minucie ataku w półdystansie, gdzie będziesz bić głównie lewą cofnąć się. Przeciwnik pomyśl, że jesteś zmęczony i zaatakuje. Wtedy to Ty skontrujesz jego.

Ruszasz wykonać plan. Wchodzisz lewym prostym, markujesz cios prawą i walisz lewy hak na wątrobę. Poczuł. Klinczuje. Mija minuta i zaczynasz się cofać. Łyknął przynętę. Robisz krok w tył przekręcając bark aby uniknąć mocnego prawego prostego. Po przestrzelonym ciosie ręka oponenta nie wraca do brody, a Ty wyprowadzasz piekielny sierpowy z całego skrętu. Umieszczasz go na szczęce wroga. Pada jak rażony piorunem. Koniec.

fot. The Fighter

Wygrałeś. Możesz znów spojrzeć w lustro bez wstydu. Ponownie czujesz się mężczyzną, wojownikiem. Teraz jednak już wiesz, że porażki się zdarzają. Wiesz też, że nie jest wstydem upaść. Wstydem jest pozostać na ziemi.

 

Dodaj komentarz